Dziękujemy za słowa uznania i współpracę p. Dyrektor Oddziału Regionalnego KRUS w Warszawie Annie Chomie.

Kompetencje już są. Kto je kupi?

Druga część rozmowy o biznesie, osobach z niepełnosprawnościami i pracy, która zaczyna się od doświadczenia

Katarzyna Wasiak

Wcześniej pytałam, czy biznes czuje zapach katastrofy. Dziś wolę pytanie bardziej praktyczne i znacznie bardziej optymistyczne: czy lokalny biznes czuje zapach szansy? Bo kompetencje, o których pisałam, nie pojawią się kiedyś. One już są. Problem polega na tym, że nadal łatwiej powiedzieć osobie z niepełnosprawnością, że jest inspirująca, niż zapytać ją, jaki problem potrafi rozwiązać i ile kosztuje jej praca.

Po Forum Prawo Kobiet wróciłam z drugim miejscem w kategorii działalność społeczna i 28 procentami głosów. Suknia, którą zaprojektowałam jako połączenie tekstu, obrazu, technologii i mody, przyciągnęła uwagę kolejnej kobiety zainteresowanej podobnym zamówieniem. To był dla mnie ważniejszy sygnał biznesowy niż sam komplement. Ktoś zobaczył efekt i pomyślał: ja też chcę coś takiego. Właśnie w tym momencie kończy się historia o inspiracji, a zaczyna zwykłe pytanie rynkowe: kto wykona kolejne zadanie, kto je skoordynuje, kto odpowie za jakość i kto za tę pracę zapłaci.

Przy pierwszej sukni mój wkład nie polegał na narysowaniu wszystkiego własną ręką ani na samodzielnym szyciu. Polegał na rozpoznaniu potrzeby, zbudowaniu koncepcji, wyborze kierunku, rozmowach z wykonawcami, sprawdzaniu materiałów, porównywaniu wariantów i pilnowaniu, żeby efekt działał nie tylko na ekranie, ale również na moim ciele i wózku. Konstrukcję prowadziła Diana Walkiewicz. Druk tkaniny wykonywała firma wyspecjalizowana w tej technologii. Ja łączyłam decyzje i odpowiadałam za to, żeby projekt nie zgubił sensu po drodze.

Teraz pracuję nad przeróbką kombinezonu. W głowie widzę efekt, zwłaszcza rękawy i sposób, w jaki nadruk ma pracować na sylwetce siedzącej. Nie zamierzam jednak udawać technologki włókiennictwa. Konstruktorka ma obejrzeć kombinezon na żywo, a osoba znająca materiały i druk powinna zdecydować z nią, jaka dzianina będzie właściwa i ile metrów naprawdę potrzeba. Ja określam rezultat. Ekspertki ustalają technikalia. To jest prosty model współpracy, a zarazem coś, czego przez lata brakowało mi w wielu usługach: jasnego podziału odpowiedzialności.

Kiedy opowiadam ten proces, coraz wyraźniej widzę, że nie chodzi wyłącznie o ubrania. Podobnie myślę o hotelu, uczelni, rejestracji w systemie publicznym czy każdej usłudze, która przestaje działać, gdy użytkownik nie mieści się w standardowym scenariuszu. Najpierw pojawia się tarcie. Potem trzeba nazwać, gdzie dokładnie proces się rozsypuje. Następnie ustalić, kto ma kompetencję, żeby naprawić konkretny fragment. Na końcu rozwiązanie powinno działać bez konieczności tłumaczenia od początku całego życia użytkownika.

To właśnie jest kompetencja. Umiejętność zobaczenia problemu przed kosztowną poprawką. Umiejętność opisania potrzeby tak, żeby wykonawca mógł na nią odpowiedzieć. Umiejętność połączenia ludzi o różnych specjalizacjach i zbudowania procesu, który da się powtórzyć. W firmach takie zadania mają różne nazwy. Może to być konsultacja użytkownika, testowanie usługi, projektowanie doświadczenia klienta, koordynacja dostępności, komunikacja, prowadzenie pilotażu albo dokumentowanie błędów i rekomendacji. Nazwa jest mniej ważna niż rezultat.

Osoby z niepełnosprawnościami bardzo często wykonują podobną pracę dla siebie bez wynagrodzenia, bo inaczej nie da się załatwić codziennych spraw. Uczą urząd, jak przeprowadzić procedurę. Tłumaczą sklepowi, jak opisać produkt. Wyjaśniają hotelowi, czym różni się obecność podjazdu od samodzielnego pobytu. Pokazują pracowni, co dzieje się z ubraniem w pozycji siedzącej. Testują aplikacje, transport, wydarzenia i formularze. Nie oznacza to, że każda osoba z niepełnosprawnością automatycznie staje się konsultantką. Doświadczenie trzeba umieć obserwować, opisać i przełożyć na rozwiązanie. Ale jeśli ktoś potrafi to robić, biznes powinien umieć tę kompetencję kupić.

W lokalnej gospodarce jest na to miejsce. Mała firma nie potrzebuje wielkiego programu o różnorodności, żeby sprawdzić jedną usługę z realną użytkowniczką. Restauracja może zamówić przejście przez proces rezerwacji i wizyty. Sklep może poprosić o ocenę opisu produktu i sposobu odbioru. Pracownia może zlecić test prototypu przed zużyciem właściwego materiału. Organizator wydarzenia może zapłacić za przejście drogi od formularza zgłoszeniowego po miejsce przy stole. Redakcja może kupić nie tylko osobistą historię, ale także analizę mechanizmu, który z tej historii wynika.

Właśnie tu małe firmy mogą być szybsze od dużych instytucji. Nie muszą czekać na strategię na sto stron. Mogą zacząć od jednego płatnego zadania, z jasnym zakresem i rezultatem. Co sprawdzamy? Co ma powstać po spotkaniu? Kto podejmie decyzję o zmianie? Ile kosztuje przygotowanie, test i podsumowanie? Jeśli odpowiedź jest użyteczna, z jednego zlecenia może powstać stała współpraca.

To jest również dobra wiadomość dla przedsiębiorcy. Klientka, która wraca, nie jest wyłącznie kolejną sprzedażą. Przynosi wiedzę z poprzedniego procesu. Wie, co zadziałało, gdzie stracono czas i czego nie warto powtarzać. Jeśli firma potrafi tę wiedzę wykorzystać, każde kolejne zamówienie może być sprawniejsze. Lojalność nie musi oznaczać rabatu. Może oznaczać coraz lepiej zaprojektowaną współpracę.

Ja także mam wybór. Mogę zamówić druk w jednej firmie albo w drugiej. Mogę szukać kolejnej pracowni. Mogę wysłać tekst do różnych redakcji. Powracam tam, gdzie czuję, że druga strona nie tylko wykonuje zadanie, ale rozumie swoją rolę w całym procesie. Właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie pytanie o powracającego klienta i powracającą współpracę. Jeżeli firma pomaga mi zdjąć z głowy fragment procesu, który zna lepiej ode mnie, rośnie wartość usługi. Jeżeli przy okazji ja dostarczam pomysł, test, komunikację albo nowych odbiorców, również wnoszę wartość.

Największe ryzyko zaczyna się wtedy, kiedy wszyscy widzą tę wartość, ale nikt jej nie nazywa. Pomysł jest fajny. Suknia jest świetna. Tekst jest mocny. Historia jest inspirująca. Potem każdy wraca do swoich obowiązków, a osoba, która uruchomiła cały proces, zostaje z następnym pomysłem i kolejnym rachunkiem do zapłacenia.

Nie chcę takiego modelu. Chcę pokazać, że potrafię wymyślać, łączyć ludzi, testować i doprowadzać rzeczy do efektu. Chcę również sprawdzić, kto potrzebuje tych kompetencji na tyle, żeby zamienić zachwyt w zlecenie. To nie musi być od razu etat. Może być konsultacja, pilotaż, tekst, test, projekt komunikacji albo konkretne zadanie dla lokalnej firmy.

Pierwsza część tej historii pytała, czy biznes wyczuje katastrofę wcześniej niż instytucje. Druga jest przyjemniejsza. Rozwiązanie nie musi zaczynać się od kryzysu. Może zacząć się od zauważenia, że ktoś, kogo do tej pory traktowaliśmy jako odbiorcę pomocy, ma wiedzę potrzebną firmie.

Kompetencje już są. Teraz potrzebny jest klient, który potrafi je kupić.

Kontakt: wasiak.kasia.25@gmail.com tel. 884 411 717

Kategoria: